|
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat |
Autor |
Wiadomość |
ashleyfan
Suddenly
Dołączył: 31 Lip 2010
Posty: 13
Przeczytał: 0 tematów
Ostrzeżeń: 0/5
Płeć: dziewczyna
|
Wysłany: Śro 1:36, 04 Sie 2010 Temat postu: Nieważne co było,ważne co mamy teraz |
|
|
Dedykacja dla tusi
Ashley Green była kobietą mądrą i poukładaną. Każda rzecz w jej domu posiadała swoje należyte miejsce, a w jej życiu każde zdarzenie miało swoją półeczkę. I wydawałoby się, że te wszystkie najważniejsze półki były wypełnione. Była jedna pod nazwą ‘sukcesy’. O tak, to miejsce aż pękało w szwach od przybytku wydarzeń. To zdała celująco. Było też miejsce które nosiło nazwę ‘miłość’. Tu było gorzej. Zaznała smak miłości, nie w pełni bo aby zaznać ją w pełni musiała zrobić coś, czego nie zrobiła. ‘Rodzina’ – ta szuflada obrastała pajęczynami. Ostatni raz kiedy tam zaglądała, brała zastrzyki in-vitro. I teraz przyszedł czas aby ją uprzątnąć, aby zdmuchnąć kurz z uchwytów i zajrzeć do środka. Nie robiła tego z własnej inicjatywy, ale pod przymusem człowieka którego najmniej by podejrzewała. A mówimy o Zac’u Petterson’ie, istocie znanej głównie z parszywego charakteru i niezdolności do wyrażania jakichkolwiek uczuć. Jednak myliliśmy się, pod grubą skorupą kryły się jeszcze resztki człowieczeństwa, które udało się odnaleźć ciężką pracą Lisy, lub chwilą słabości. Było ciepłe, czerwcowe popołudnie. Nasza administratorka wychodziła ze szpitala kierując się na spotkanie z fundatorami. Słońce przyjemnie ogrzewało jej twarz. Gdy kierowała się do samochodu, na parking zajechał jak zwykle spóźniony Petterson. Nie wiedziała, że rozmowa którą miała za chwilę zacząć zmieni jej życie na zawsze.
- Jak zwykle spóźniony. – powiedziała z przekąsem i wyjęła z kieszeni torebki kluczyki. Mężczyzna zdjął kask i uśmiechnął się.
- To mój znak firmowy. – rzucił i sięgnął po laskę.
- Uważam, że wystarczy ci wizytówka z nazwiskiem – uśmiechnęła się. – Wiesz, tw… - nie dokończyła, bo w momencie gdy otworzyła drzwi samochodu dwójka śmiejących się głos dzieci przeszyła jej drogę z zawrotną prędkością. Ashley uderzyła o srebrny wóz zamykając drzwi z hukiem. A dzieci, jakby nigdy nic wciąż nie zaprzestały zabawie gdzieś tam w innym świecie. Sekundy potem obok administratorki przebiegła zdyszana kobieta – zapewne matka dwójki dzieci.
- Laura, Eddy! - krzyknęła. Głos kobiety sprawił, że dzieci momentalnie stanęły. Ona ukucnęła przy nich i złapała swoje pociechy w pasie.
- Nie wolno uciekać, zwłaszcza w takich ruchliwych miejscach jak te, zrozumiano? – zapytała. W jej głosie nie kryła się złość, a troska.
- Przepraszamy. – powiedziała mała blondyneczka i przytuliła się do mamy obejmując ją małymi rączkami za szyję. Brunetka pogładziła ją po plecach i wstała.
- No już, idziemy po tatę. – powiedziała ochoczo i biorąc szkraby za ręce, skierowała się do szpitala. Ashley patrzyła na to z szerokim uśmiechem na twarzy. Ile by oddała aby ktoś taki objął ją maleńkimi rączkami, przynosił z przedszkola koślawe rysunki składające się z piętnastu kresek, a ona dumnie wieszała by je na lodówce. Oddałaby wszystko by mieć taką istotkę i kochać ją bezgranicznie, bezwarunkowo. Wiedziała, że nie będzie matką. In-vitro zawiodło, a innej możliwości nie było. Nawet gdyby poznała kogoś wartościowego, musiałby zasłużyć na jej zaufanie co wymagało bardzo dużo czasu, a ona nie młodniała. W jej oczach pojawił się smutek. Temu wszystkiemu przyglądał się Zac. Nie wiedział co go zmusiło, na jakiej podstawie powiedział to co powiedział, ale był pewien swoich słów, jak nigdy w życiu. Podszedł do drzwi pasażera i oparł się o samochód wpatrując się w szefową.
- Mogę być ojcem twoich dzieci. – Do uszu Ashley doszedł czyjś głos. Odwróciła głowę i spojrzała diagnoście w oczy. Po paru sekundach dotarł do niej sens jego słów.
- Słucham? – zapytała z niedowierzaniem. Była prawie w stu procentach pewna, że się przesłyszała.
- Chcę być ojcem twoich dzieci. – powtórzył bez zawahania. Na początku chciało jej się śmiać, ale widziała to coś w jego oczach, co mówiło jej, że jest w tej chwili… poważny.
- Przestań Zac, to wcale nie jest ani śmieszne ani miłe. – syknęła i ponownie otworzyła drzwi. Wiedział, że jej jedynym marzeniem, tym największym była chęć posiadania choć jednego dziecka, a on i tak nie omieszkał się jej ranić.
- Czy ja się śmieję? W tym momencie jestem najbardziej poważnym człowiekiem na tej ziemi. Ta propozycja pewnie jest dla ciebie śmieszna, ale oglądanie cię w takim stanie jest straszne i nie mam zamiaru dłużej się tak torturować. – powiedział zatrzymując ją słowami. Spojrzała znów w jego tęczówki które w tym momencie z tego dziecięcego błękitu zamieniły się w ciemno niebieski. On mówił poważnie, co jeszcze bardziej przeraziło kobietę.
- Ty… ty mówisz poważnie. – stwierdziła. On przytaknął wciąż nie okazując zbędnych emocji.
- Wiesz dobrze, że sztuczne zapłodnienie nic nie da. – powiedziała rozdrapując stare rany. Ten temat nie należał do jej ulubionych, zwłaszcza gdy prowadziła rozmowę z nim.
- Nie mówię nic o sztucznym zapłodnieniu. – powiedział. Wtedy układanka w głowie Green zaczęła przybierać kształt. Westchnęła ciężko. Gdy już nabrała choć cień nadziej to rzeczywistość znów brutalnie ściągnęła ją na ziemię.
- Czyli to pretekst aby zaciągnąć mnie do łóżka, tak? – zapytała z wyrzutem.
- Nie! – zaprzeczył. – Gdybym chciał cię pod pretekstem zaciągnąć do łóżka to znalazłbym milion innych, takich które z pewnością by cię… - zatrzymał się.
- By mnie co? – spojrzała z wyczekiwaniem.
- … nie zabolały. – dokończył. Świat Ashley runął jej pod nogami. Gdzie się podział ten opryskliwy, chamski oszust który oddychał kłamstwami?
- Chcesz mieć dziecko? – zapytała ponownie.
- Nie chce mieć dziecka. – odpowiedział. Kobieta spojrzała na niego z zupełnym niedowierzaniem. – Chcę mieć dziecko z tobą. – dodał. I znów to dziwne uczucie, jakby traciła grunt pod nogami.
- To nie jest takie proste Zac. Myślisz, że się ze mną prześpisz, ja zajdę w ciążę, a ty jakby nigdy nic wrócisz do bycia egocentrycznym kretynem? Nie wiesz jak duże konsekwencje wiążą się z posiadaniem dziecka. Ja nie potrzebuję tylko małej istotki, ale człowieka który ją ze mną wychowa. – wyrecytowała na jednym oddechu. Zac westchnął.
- No to najwyższy czas. Zawsze chciałem mieć rodzinę i stado chomików. – uśmiechnął się przyjaźnie i ruszył do szpitala.
- Mówisz o tym, jakby to była zwykła czynność, rzecz. To jest bardzo poważna sprawa – powiedziała z wyrzutem, zatrzymując o w połowie drogi. Diagnosta odwrócił się po raz ostatni.
- Wiem, ale nie uważasz, że bierzesz ją aż nadto poważnie? Ja będę z tobą, w końcu dojdzie do jakiegoś zbliżenia, i miejmy nadzieję, że nie do jednego. Potem zajdziesz w ciążę, i <i>w końcu</i> będziesz szczęśliwa, a reszta sama się ułoży. Mrugania też nie planujesz, bo to jedna z tych czynności która wydaje się oczywista. – powiedział. Jego wypowiedź zbiła ją z tropu, jakby umknęło jej parę sekund z życia. Byłą w jakiejś ukrytej kamerze? Stała tak osłupiała na parkingu patrząc jak jego sylwetka znika w szpitalu. Co teraz? Choć ten idiota robił rzeczy tak radykalne jak nikt inny, był nieodpowiedzialny i dziecinny, ona miała do niego niezwykłą słabość. Nie ważne jak bardzo kłamał, to gdy mówił prawdę ona wybaczała mu każde inne przewinienie, bo po prostu go… kochała.
Od tamtej rozmowy minęło piętnaście krótkich dni i czternaście dłuższych nocy. Właśnie zbliżała się piętnasta, gdy obydwoje, dziwnym zbiegiem okoliczności znaleźli się w jednej sypialni. Właściwie to byli jeszcze w korytarzu, kiedy podłogę zaczęły przyozdabiać kolejne części ich garderoby. Namiętne pocałunki który wypełniały powietrze podnieceniem. Liczyło się tu i teraz, nic więcej. Każde konsekwencje i uboczne skutki tej nocy odeszły w niepamięć pozwalając tej dwójce na chwilę zapomnienia. Przekroczyli próg jego sypialni. I to było to czego Ash obawiała się najbardziej. Tej czerwonej lampki która poja… która właśnie zaświeciła ostrzegawczo w jej głowie. Próbowała się skupić na mężczyźnie przed nią, chciała zignorować ten krwistoczerwony blask, ale na próżno. Tak było zawsze, nie ważne czy to była jej sypialnia, czy sypialnia kogoś innego. Zawsze gdy zbliżała się do owego pokoju z jakimś mężczyznom, lampka automatycznie się zapalała. Green poczuła chłód pościeli pod jej rozgrzanym ciałem, poczuła jego usta na swoich. Cichy jęk wydobył się z jej ust. W jego objęciach, tak blisko czuła się w końcu bezpieczna. Miała na sobie już tylko bieliznę, a on spodnie. Tylko cienkie warstwy materiału dzieliły ich od spełnienia. I znów ta chora lapmka, znów poczuła paraliżujący ją strach, którego w tej chwili nie umiała zwalczyć. Zobaczyła jak jego ręka sięga do paska od spodni. Kolejny raz, właściwie przestała liczyć stchórzy i nigdy się nie dowie jak to jest poczuć smak miłości. Zanim jego pałce rozpięły pasek, Ashley zatrzymała je swoją dłonią i przysunęła się do niego uniemożliwiając mu jakikolwiek ruch. Po paru sekundach odsunęła się od niego i całując go w lewy bark, zsunęła się z łóżka. Otulając się kołdrą odeszła bez słowa i usiadła w fotelu pod oknem bezszelestnie przyciągając kolana do klatki piersiowej. Żadnego słowa, zero wytłumaczenia. Zac popatrzył na nią lekko zdezorientowany. Zrobił coś nie tak? Nie miał pojęcia.
- Greenles, co się dzieje? – zapytał i usiadł na łóżku naprzeciwko jej. Ona ślepo wpatrywała się w swoje kolana trzymając kurczowo materiał. W pokoju nie było światła, jedyną jednostką był księżyc który przez okno padał na jej smutną i przestraszoną twarz. Nie odpowiedziała. Siedziała i milczała. Zac zastanawiał się gdzie jest ten świat, w którym tak często się zamykała myśląc, że nikt nie widzi. On widział, za każdym razem, i bardzo próbował się tam dostać. Domyślał się, że stworzyła swój własny świat dlatego, że nie było w nim jego, ale on zawsze pakował się do cudzych interesów nogami i rękami. Nie chciała mówić, niech nie mówi. On ma czas, przecież mają całą noc. Spojrzał na zegarek, dochodziła dwudziesta trzecia. Znów przeniósł wzrok na kobietę w fotelu, która nie zmieniła pozycji nawet o centymetr.
- Poczekam. – wyszeptał i położył głowę na poduszkę wpatrując się w sufit. Nie obchodziło go ile ma czekać. Mógłby i czekać całą wieczność. I tak mijały kolejne sekundy które zmieniały się w minuty, a te w godziny. Cztery godziny wypełnione tylko ich cichymi, spokojnymi oddechami. Po raz pierwszy, od prawie czterech godzin wzrok Ashley przeniósł się na mężczyznę leżącego na łóżku. Jego oczy błądziły po pokoju próbując znaleźć jakiś punkt zaczepienia. Green westchnęła cicho.
- Pamiętasz jak byliśmy w Michigan? Jak obiecałeś mi ostatni dzień, ale wyjechałeś bez pożegnania? – zapytała. Jej głos przyciągnął jego wzrok jak magnez.
- Teraz czas na obwinianie mnie, za rzeczy które zdarzyły się…
- Pamiętasz? – zapytała z naciskiem. Mężczyzna westchnął.
- Tak.
- Chciałam ci wtedy dać coś. Chciałam ci pokazać, że znaczysz dla mnie coś więcej. Chciałam się z tobą… kochać. – jej oczy zwróciły się do okna, unikając jego wzroku. – Ale wyjechałeś. Przez następne trzy lata próbowałam o tobie zapomnieć, ale każdy chłopak który się ze mną spotykał, każdego którego miałam porównywałam do ciebie, doszukiwałam się cząstki tego idioty który mnie zostawił. No i zapomniałam w końcu o tobie. Zapomniałam o twojej osobie i twoim zadufanym ego, gdzieś w środku zawsze za tobą tęskniąc. – jej oczy znów zwróciły się ku niemu. Chciała zobaczyć jego reakcję, i była troszkę spokojniejsza gdy zobaczyła, że jej słucha. Jego twarz nie żadnych emocji, po prostu leżał i słuchał. Ashley wstała i trzymając pościel wokół ciała podeszła do niego. Zac usiadł i nie spuszczając z niej oka patrzył jak nieufnie siada obok niego. Jej wzrok wciąż był jakiś nieobecny, ona była nieobecna. – Gdyby zajście w ciąże zależałoby od seksu to już dawno mogłabym mieć dzieci, i może nawet rodzinę, ale problem polega na tym, że ja… ja za długo czekałam na tego jedynego chcąc dać mu coś wyjątkowego. Spotkałam w swoim życiu wielu mężczyzn, niektórzy byli wyrozumiali, ale większość z nich mnie wyśmiewała zostawiając w moim umyślę jakąś rysę. – Jej oczy zaszkliły się delikatnie. – Za każdym razem, gdy wydawało mi się, że zbudowałam coś prawdziwego, to jedno zdanie burzyło wszystko momentalnie. Ta jedna regułka którą znam zbyt dobrze. ‘Nie jestem jeszcze gotowa’. Po tych słowach zazwyczaj zostawali na pół godziny, a później odchodzili i nie wracali. Nie ważne czy nasza znajomość trwała pół roku czy dwa miesiące. Po prostu już nie wracali. – Spojrzała na niego z bólem. – Przepraszam. Siedziałam w ciszy, bo wiedziałam, że jak powiem to pieprzone zdanie to wszystko się skończy, a ja nie chcę żeby się kończyło. – Po jej policzku spłynęła łza. – Jestem żałosna, prawda? – zapytała pociągając nosem.
- Nie wiem co powiedzieć. – wyszeptał zszokowany. Ta kobieta, ta istna bogini seksu właśnie przyznała mu, że… do końca jeszcze do niego nie dotarło, co tak naprawdę powiedziała. Nadmiar informacji wypełnił mu głowę. Usłyszał jej parsknięcie.
- Zawsze tak jest, nikt z nich nic nie mówił, a potem sobie odchodził zostawiając mnie ubrudzoną psychicznie. – powiedziała z wyrzutem i zsuwając kołdrę z ciała wstała z łóżka. – Najlepiej będzie jak sobie pójdę. – szepnęła i schyliła się po swoją bluzkę leżącą tuż pod jej nogami. Gdy już chciała się podnieść, Zac złapał ją za nadgarstek i pociągnął tak, że wylądowała na jego kolanach. Mniejsza o ból w udzie, teraz liczyło się to co czuje ona. Objął ją w pasie rękoma i przycisnął ją do siebie tak mocno, że czuła bicie jego serca.
- Czy to, że odbyłaś stosunku seksualnego z mężczyzną… nie, to brzmi głupio. Zacznijmy od początku. Czy to, że jesteś… dziewicą sprawia, że jesteś inną kobietą, że zachowujesz się inaczej, mówisz, chodzisz w inny sposób, hę? – zapytał. Odpowiedziała mu głucha cisza. – Pytam się, czy to robi z ciebie inną kobietę? – szturchnął ją w plecy nosem.
- Nie. – wyszeptała po chwili.
- W takim razie, jeżeli po tym wszystkim będziesz tak samo okropna, uparta i złośliwa jak dotąd to nie robi mi to różnicy. Tak właściwie to jest fajnie, przynajmniej wiem, że będziesz tylko moja, że żaden inny facet cię wcześniej nie dotykał. Ci idioci, zapomnij o nich. Nawet wiedzą co przegapili. – powiedział z uśmiechem. Ashley delikatnie odwróciła się i spojrzała na niego z wdzięcznością.
- Chcę spełnić twoje marzenie, ale jeżeli chcesz zaczek… - nie dokończył, bo Green zamknęła mu usta pocałunkiem.
- Ale ja chcę. Teraz, tu. – wyszeptała.
- Jesteś pewna? – zapytał. Brunetka uśmiechnęła się i zamknęła oczy.
- Jak nigdy w życiu.
Post został pochwalony 0 razy
|
|
Powrót do góry |
|
 |
|
 |
Tusia.
Delete You
Dołączył: 26 Cze 2010
Posty: 446
Przeczytał: 0 tematów
Ostrzeżeń: 0/5 Skąd: Polska Płeć: dziewczyna
|
Wysłany: Śro 8:09, 04 Sie 2010 Temat postu: |
|
|
Znów dedykacja dla mnie I znów dziękuję ;* Znów przypomniał mi się House Wizja Zashley mnie przeraża, ale Twoje opowiadanie jest takie inne (mam wrażenie, że już to mówiłam ).Wciąga! Mam nadzieję, że piszesz coś jeszcze?
Post został pochwalony 0 razy
|
|
Powrót do góry |
|
 |
Natka
Delete You
Dołączył: 26 Sie 2010
Posty: 486
Przeczytał: 0 tematów
Ostrzeżeń: 0/5 Skąd: Płońsk Płeć: dziewczyna
|
Wysłany: Sob 13:49, 11 Wrz 2010 Temat postu: |
|
|
SUPER!!!Podoba mi sie:) I tak jak Tusia mam nadzieje że jeszcze coś piszesz:)
Post został pochwalony 0 razy
|
|
Powrót do góry |
|
 |
|
|
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach
|
|